Rząd chce podnieść w przyszłym roku pensje pracowników budżetówki o trzy procent. To wielokrotnie mniej, niż domagają się związki zawodowe. – Silnego państwa nie buduje się na taniej sile roboczej – komentują w rozmowie z money.pl przedstawiciele nauczycieli, policjantów i urzędników.
Pod koniec maja trzy największe centrale związkowe uzgodniły wspólny postulat dotyczący podwyżek w budżetówce w 2027 roku. W piśmie do ministra finansów Andrzeja Domańskiego domagały się wzrostu wynagrodzeń o nie mniej niż 15 proc. w skali roku. Pod listem podpisały się NSZZ „Solidarność”, Forum Związków Zawodowych i Ogólnopolskie Porozumienie Związków Zawodowych.
We wtorek rząd zaproponował, by skala podwyżek dla pracowników sfery budżetowej wynosiła w przyszłym 3 proc. – Chcielibyśmy, by to było więcej. Pilnujemy, żeby inflacja nie zjadała tych podwyżek – mówił dziennikarzom premier Donald Tusk. Szef rządu przypomniał również o dużych, jednorazowych podwyżkach z 2024 r. dla nauczycieli (o 30 procent) i pozostałych pracowników sektora publicznego (o 20 procent).
Te podwyżki, które zaproponowaliśmy, były bardzo masywne, ale sam wiem, że nauczyciele powinni zarabiać więcej. Wiem, że to, co proponujemy teraz, nie wystarczy. Ale jak tylko pojawi się taka możliwość, nauczyciele będą tą grupą, o której będę pamiętał – zapewniał premier.
Zapowiedzi Donalda Tuska rozmijają się z oczekiwaniami związków zawodowych, a jego argumenty – jak słyszymy – nie przekonują. – Zaproponowana podwyżka oznacza, że wynagrodzenia zasadnicze nauczycieli w 2027 r. wzrosną o 159-191 zł brutto – mówi money.pl Magdalena Kaszulanis ze Związku Nauczycielstwa Polskiego.
Po tej waloryzacji pensja nauczyciela początkującego będzie wyższa jedynie o 450 zł od płacy minimalnej, a przypomnę, że politycy obiecali powiązanie nauczycielskich płac z przeciętnym wynagrodzeniem w gospodarce – wyjaśnia przedstawicielka ZNP. – [CZYTAJ WIĘCEJ]